czwartek, 27 listopada 2014

Thanksgiving.

Zakładając bloga obiecałam sobie, że nie będzie to zwykły blog o życiu au pair, o tym jakie mam problemy z dzieckiem czy z host family. Inaczej. Oczywiście znajdą się tutaj również i moje refleksje na temat HF i innych przyziemnych, amerykańskich rzeczy, ale chcę żeby było to miejsce o mojej przygodzie, podróżach i przede wszystkim o samej Ameryce. Jako Amerykanistka nie byłabym sobą gdybym nie chciała wpleść tutaj trochę tej wiedzy, którą chłonęłam przez trzy lata od najlepszych Amerykanistów. Tak – to byli zdecydowanie najlepsi wykładowcy na jakich trafiłam. A coś o tym wiem, bo kończyłam trzy Uniwersytety i trzy kierunki. Przez pięć lat swojej wyższej edukacji na swojej drodze spotkałam wielu pracowników uniwersyteckich i wierzcie mi lub nie, ale pracownicy mojego Instytutu byli niesamowici –pełni pasji, zrozumienia i potrafiący umiejętnie przekazać swoją wiedzę.

Tak, ale przechodząc do sedna… Co prawda jeszcze nie postawiłam swojej stopy na amerykańskim kontynencie, ale w związku z tym, że dziś w USA obchodzone jest Thanksgiving, czyli najważniejsze święto dla Amerykanów, chciałam skrobnąć kilka słów o pochodzeniu tego święta. Za to o tradycjach napiszę dopiero za rok, kiedy będę miała okazję sama ich doświadczyć:)

Zatem w 1609 roku angielscy purytanie (a dokładniej pewien odłam purytan najbardziej skrajnych i bezkompromisowych, zwanych „separatystami”) uciekli ze swojego rodzimego kraju przed prześladowaniami religijnymi do Holandii, gdzie tamtejsi kalwiniści udzielili im schronienia. Tam się osiedlili, posłali swoje dzieci do szkół i rozpoczęli pracę. We wrześniu 1620 roku obserwując jak ich potomstwo przejmuje holenderskie obyczaje i nawyki oraz z tęsknoty za angielskim stylem życia zdecydowali się oni na kolejną emigrację. Nie mogli wrócić do Anglii, więc padło na Nowy Świat. W grudniu 1620 roku na statku „Mayflower”  101 mężczyzn, kobiet i dzieci dotarło do amerykańskiego lądu. Zanim jednak zeszli z pokładu statku, spisali dokument nazwany „The Mayflower Pact”, który zawierał podstawowe reguły działania kolonii.
Jak łatwo się domyślić początki dla nowo przybyłych były bardzo trudne. Nie przystosowani do pracy w rolnictwie nie potrafili zdobyć dla siebie pożywienia.  Ponadto dotarli do Nowego Świata zimą. Z głodu, zimna i chorób zmarła ponad połowa przybyszów. Wiosną 1621 roku koloniści uzyskali pomoc od Indian. Ci nauczyli ich polowania, łowienia ryb i pozyskiwania materiałów potrzebnych do wybudowania domostw. To właśnie dzięki rdzennym amerykanom purytanie zdołali przeżyć i osiedlić się na Nowym Lądzie. W podzięce Bogu za udane plony w 1621 roku Purytanie zorganizowali po raz pierwszy Święto Dziękczynienia. Zaprosili na nie również Indian, którym zawdzięczali życie.



Od tego momentu Thanksgiving obchodzono co roku w ostatni czwartek października. W 1863 roku  prezydent Stanów Zjednoczonych Abraham Lincoln uznał je za oficjalne święto państwowe. W roku 1939 r. prezydent Franklin Delano Roosevelt ustalił, że Thanksgiving będzie obchodzone w czwarty czwartek listopada. Obecnie jest to najważniejsze w roku święto rodzinne, obchodzone w przez wszystkich Amerykanów, bez względu na religię, rasę czy pochodzenie.



sobota, 22 listopada 2014

The begining...


Lekka, disneyowska komedia dla młodzieży. Dwudziestokilkuletni aktorzy wcielający się w uczniów liceum. Współczesna wersja Kopciuszka. „A Cinderella Story” nie jest filmem najwyższych lotów, ale cytat, który się tam pojawił utkwił na dobre zarówno w mojej głowie jak i w sercu. 
„Nigdy nie pozwól by strach przed działaniem wykluczył Cię z gry”. 
Ten cytat motywował mnie za każdym razem, kiedy chciałam się poddać. Mogę śmiało stwierdzić, że dzięki tym kilku słowom, pochodzącym z filmu z którego wydawać by się mogło, iż  nic wartościowego nie można wynieść , jestem dziś dokładnie w tym miejscu w którym jestem. 
5 stycznia 2015 roku zaczynam swój wielki american dream. Zatem najbliższy rok spędzę  w Cypress w stanie Texas.

A jak to się zaczęło?
O programie Au Pair usłyszałam kilka lat temu. Nawet już nie pamiętam kiedy dokładnie i w jakich okolicznościach, ale od razu wiedziałam, że jest to dla mnie świetna okazja do zwiedzenia amerykańskiego kontynentu, spotkania wielu interesujących ludzi i poznania amerykańskiej kultury „od podszewki”. Kiedy zaczynałam ostatni rok studiów wiedziałam już, że chcę wyjechać.
Zdecydowałam się na agencję Prowork (APC) chyba dlatego, że to była pierwsza agencja na którą się natknęłam poszukując w internecie jakichkolwiek informacji  o programie Au pair kilka lat temu. Dzień przed swoimi 24 urodzinami wysłałam zgłoszenie przez stronę internetową, na drugi dzień zadzwoniła do mnie pani Ania i tak powoli sprawy nabrały tempa.
To, że założę bloga wiedziałam od jakiegoś czasu, ale obiecałam sobie, że dopiero po znalezieniu Perfect Host Family zamieszczę pierwszy wpis.  I tak oto jestem..

Moja Host Family to A. z pochodzenia Polka, świetnie mówiąca po polsku, S. amerykanin i uroczy M. piętnastomiesięczny szkrab, którym będę miała przyjemność się opiekować.
Zakres moich obowiązków ogranicza się wyłącznie do M. Zająć się nim po przebudzeniu, przewinąć, ubrać, nakarmić i odprowadzić do szkoły (tak, tak mój mały M. chodzi do czegoś na wzór naszego żłobka). Czas wolny mam aż do popołudnia (jeszcze nie znam dokładnej godziny, ale coś między 14 a 16). W tym czasie mogę robić co tylko zechcę. Będę miała samochód do dyspozycji także mam szerokie pole do popisu. Po odebraniu M. ze szkoły, oczywiście muszę go nakarmić i pobawić się z nim aż do przyjścia rodziców ok.18 -19. Taki układ mi ogromnie odpowiada, ale zobaczymy jak to wszystko wyjdzie w praktyce, już tam na miejscu.

Podsumowując moją całą przygodę z poszukiwaniem Perfect Host Family uwinęłam się naprawdę bardzo szybko. Tak szybciutko w datach:
26.09 – zgłoszenie przez stronę internetową
1.10 – podpisanie umowy
6.10 – 10.10 – kompletowanie dokumentów (referencje opieki nad dziećmi, referencje charakteru, medical form), interview, napisanie listu do Host Family, nagrywanie i montowanie filmiku. Jak widzicie w pięć dni uwinęłam się ze wszystkimi formalnościami, a więc ogłaszam wszem i wobec – da się!:)
17.10 – rejestracja w agencji amerykańskiej (APC)
24.10 – otwarcie roomu
31.10 –pierwszy match [ Niestety rodzina widmo. Trzy dziewczynki. Maryland]
2.11 – drugi match [ Pennsylvania. Trzech chłopców. Udało nam się porozmawiać –niestety zostałam przez nich odrzucona, ponieważ… uwaga ,uwaga … nie umiem pływać;)]
9.11 – trzeci match i zarazem PM . [Jeśli mam być z wami całkowicie szczera to odrzuciłam ich od razu jak zobaczyłam, że mieszkają w Teksasie. Wiem, wiem nie lokalizacja się liczy tylko ludzie. Sama to sobie wcześniej w kółko powtarzałam, ale jak już przyszło co do czego to lokalizacja brała górę nad wszystkimi innymi aspektami. Do naszej pierwszej rozmowy podeszłam z nastawieniem, że i tak nic z tego nie będzie. Ku mojemu zaskoczeniu okazali się oni fantastycznymi ludźmi. Dokładnie takimi do jakich chciałabym jechać. Stanęłam wtedy przed trudnym wyborem. Rodzina czy miejsce. Na szczęście dość szybko wrócił mi zdrowy rozsądek i ważniejsza stała się rodzina. Po kilku rozmowach padło magiczne pytanie czy chcę spędzić z nimi ten najbliższy rok, a ja oczywiście od razu się zgodziłam;)]
13.11 – czwarty [California. Palo Alto (!).  Dwóch chłopców. Od razu odmówiłam, ponieważ moje rozmowy z przyszłym PM były już zaawansowane] i piąty match [ Również California. Trójka dzieci. Byliśmy umówieni na rozmowę, ale w między czasie moja HM zapytała czy chcę spędzić z nimi najbliższy rok a ja jak już wiecie –zgodziłam się. Więc grzecznie podziękowałam rodzinie z …Berkeley (<3!)]
13.11 – mam swój Perfect Match!


 Wczoraj pojawiły się moje bilety więc znam szczegóły podróży. 5 stycznia z krakowskich Balic odlecę do Monachium, gdzie przesiądę się do samolotu do NY. Po czterech dniach szkolenia wsiądę w kolejny samolot, którym polecę do miejsca, które będzie moim domem przez kolejnych dwanaście miesięcy! – Cypress, TX.


To be continued...