piątek, 30 stycznia 2015

rematch....

Dzisiaj krótko i na temat. Tak -jestem w rematchu. Tak- było to dla mnie jak grom z jasnego nieba. Tak- byłam pewna, że to jest perfect match.

Moi hości zrezygnowali z programu i oficjalnie powodem tego nie byłam ja tylko oni. Podobno dostanę najlepsze refrencje.

Obecnie mieszkam u mojej LCC.

Moje samopoczucie? Nie umiem opisać tego słowami... W pierwszym momencie byłam pewna, że zostaje i szukam nowej rodziny. Nie było nawet mowy o tym żebym wracała do domu. Nie teraz. Dopiero następnego dnia zaczęły nachodzić mnie myśli czy jestem na to wystarczająco silna. Ale prawdziwy kryzys przyszedł dwa dni po tym jak się dowiedziałam o rematchu. Ci z którymi byłam wtedy w kontakcie wiedzą jak źle ze mną było... Na szczęście właśnie dzięki takim osobom znalazłam w sobie resztki sił i stanęłam na nogi:)
I tutaj chciałam podziękować najwspanialszej mamie na świecie (nie!nikt z was nie ma lepszej mamy!), mojemu tacie, najlepszym B.- Anecie i Ani, bez których na pewno bym się załamała, kochanej Sonitce, Karolinie W., która ma w sobie tyyyyle dobroci i swoimi ciepłymi słowami zawsze potrafi wywołać uśmiech na mojej twarzy, Gosi S. i całej reszcie wspaniałych au pair, które ruszyły na pomoc i natychmiast wśród LCC rozsianych po całych Stanach, krążyła wieść o jednej załamanej duszyczce poszukującej rodziny:* Nigdy wam tego nie zapomnę!

Dzisiaj otworzyli mi room. Na razie świeci pustkami, ale od LCC wiem, że są w okolicy dwie rodziny, z którymi agencja będzie próbowała mnie zmatchować. Zobaczymy. Daję sobie tydzień. Później będę myśleć co dalej.

Póki co - do następnego -mam nadzieję bardziej pozytywnego posta!;)

piątek, 23 stycznia 2015

2 weeks with host family

Jak mi się tutaj żyje? Całkiem nieźle. Może nie mam jeszcze wielu znajomych, samochodu i nie znam zbyt wielu miejsc, ale wiem, że z czasem się to zmieni.

Samochód jest, ale stoi na podjeździe. Póki co prowadzę samochód tylko z hostami. Sama będę mogła jeździć jak zdam prawko. Ponoć jeśli nie mam stanowego prawka nie mają ubezpieczenia. Na ile w tym prawdy? Nie wiem. Może uciążliwe jest to, że nigdzie sama nie mogę się ruszyć, ale tragedii jeszcze nie ma. Może się szybko ogarnę z tym prawkiem i po kłopocie.

Co do rodziny - na dzień dzisiejszy uważam, że lepiej trafić nie mogłam. Są mili, pomocni, może okropnie zapracowani, ale któż w Ameryce nie jest zapracowany? Myślę, że gdyby mój angielski był lepszy miałabym super kontakt z hostem. Jest  żartownisiem, też lubi historię i uważa "The walking dead" za najlepszy serial ever;)

Host dziecko? Przesłodkie. Nie sprawia problemów, ma czasem gorsze dni, ale któż z nas ich nie ma? I przede wszystkim szybko się do mnie przyzwyczaił co jest dla mnie bardzo ważne, bo bałam się właśnie tego, że może mnie nie zaakceptować. Mamy swoją codzienną rutynę i myślę, że mi ona odpowiada. Jestem z HF dopiero dwa tygodnie, więc wszystko może się jeszcze zmienić. Znam historie, gdzie na początku było wszystko ładnie, pięknie, a po niedługim czasie się popsuło. Nigdy nie mówię nigdy. Dziś uważam, że jest to perfect match, ale co będzie jutro?

Ogromną pomoc otrzymałam od niani. Jest to starsza kobieta, ale tak otwarta, energiczna i przyjazna, że od pierwszego dnia skradła moje serducho;) Strasznie się cieszę, że ona jest tutaj ze mną, bo to naprawdę dużo ułatwia mi funkcjonowanie w tym nowym otoczeniu. I nie chodzi mi tutaj tylko o pyszne jedzenie, które nam gotuje<3

Moi hości starają się mi jak najbardziej zorganizować czas. Byłam tutaj 4 dni a oni już mnie wysłali na college, żebym napisała test z angielskiego. I kto by tam czekał na wyniki? Na pewno nie moi hości;p Bez wyników testu, bez rejestracji wysłali mnie na sobotnie zajęcia z historii USA do 1877r. Oczywiście to Ameryka, więc nikt nie stwarzał problemów i mogłam sobie posiedzieć i posłuchać. Okazało się, że jestem historycznym geniuszem (ha!ha!) i podczas 3godzinnego wykładu nie dowiedziałam się  NICZEGO nowego. Nie na darmo się studiowało amerykanistykę;p Podjęłam zatem decyzję, że nie będę chodzić na te zajęcia, bo nic nowego się nie dowiem. Na szczęście hości jeszcze nie zapłacili, więc mogę po prostu zrezygnować:)

Wczoraj dopiero odebrałam wyniki testu i nie jest źle (reading- level5, listening -level4, writing-level 3 i grammar -level2). Oczywiście byłam załamana gramatyką, ale jak host zobaczył wyniki to wytrzeszczył oczy i pogratulował tak dobrego wyniku. WTF? Zapytałam. Powiedział, że gwarantuje mi, że 80% uczniów tego college nie miałoby lepszego wyniku ode mnie. Nie wiem czy chciał mnie pocieszyć, czy amerykanie to takie gramatyczne lewusy, ale poprawił mi humor.
Teraz tyko zastanawiam się czy iść  teraz na ESL grammar czy sobie darować i iść na hiszpański;)

Dzisiaj byłam na lunchu z dwiema brazylijkami. Powiem tak -przyjaźni z tego nie będzie. Mamy całkiem inne podejście do życia i przyjechałyśmy do US z zupełnie innych powodów. Ale i tak się cieszę z dzisiejszego lunchu -po pierwsze wyszłam z domu, po drugie poznałam nowe osoby, a po trzecie zjadłam pyszne żarełko;)

I to tyle na dziś;) Na koniec kilka zdjęć okolicy cobyście nie myśleli, że u mnie tylko kaktusy, kowboje i bydło;p

ps. Szykuje się w lutym weekend w San Antonio!

Zoltar prawdę Ci powie.

a na podwieczorek "szu-sziiii" omnomnom

Lone Star College



a za domkiem tak przyjemnie<3

W ramach porannego spaceru - rower!

Przez pół popołudnia zastanawiałyśmy się z nianią co może oznaczać, że te kaczki tak sobie w równym rządku siedzą...Już wiemy - na paskudną pogodę:(

niedziela, 18 stycznia 2015

Orientation

Hej ho!

W dzisiejszym poście postaram się najlepiej i najdokładniej jak tylko mogę opisać orientation w NJ:) Pamiętajcie jednak, że jestem w agencji APC ( w Polsce Prowork i Gawo) więc szkolenia z APiA czy CC nie są mi znane.

Dzień pierwszy:
W poniedziałek zlatuje się do hotelu Hilton Meadowlands w New Jersey cała elita przyszłych au pair. Ja miałam wylot z Krakowa o 6.35 z przesiadką w Monachium o 9.20 i na miejscu byłam koło 13 nowojorskiego czasu. Z lotniska odebrała nas (UWAGA UWAGA!) limuzyna! Nie wiem od czego to zależy, bo inne osoby z którymi rozmawiałyśmy przyjeżdżały na miejsce autobusami i busami. Wygląda na to, że miałyśmy mega szczęście i pierwsze amerykańskie widoki "podziwiałyśmy" z najprawdziwszej limuzyny:) W hotelu po przybyciu był krótki wstęp dotyczący głównie zakwaterowania w Hiltonie. Wtedy też można wykupić wycieczkę do NYC za... hm ok. 40 dolarów. Po tym wstępie dostałyśmy klucze do swoich pokoi i fruuu do końca dnia wolne:) Niestety nie każdy ma tak dobry start. Ludzie zjeżdżali się przez cały poniedziałek, a nawet Ci więksi pechowcy w nocy z poniedziałku na wtorek.

Dzień drugi:
Wczesna pobudka, bo od 6.30 do 7.50 trwa śniadanie. Ok można iść o 7.40 zjeść, ale po pierwsze trzeba się liczyć z tym, że co lepsze może już być wyjedzone, a po drugie warto brać zapas czasu na dotarcie do jadalni i na szkolenie;p W naszym szkoleniu brało udział prawie 200 osób - plus goście hotelowi i w windach było tłoczno.
Na początku , krótkie wprowadzenie, szybkie "gry" dzięki , którym mieliśmy się lepiej poznać no i podstawy funkcjonowania w Stanach (tj. gotówka, stopnie F, itp). Później przerabialiśmy development milestones. Popołudniu zostaliśmy podzieleni na grupy. Tzn sami się dzieliliśmy bowiem każdy z nas miał do wyboru jaki przedział wiekowy dziecka go interesuje: 0-3, 4-7(?) i od 7 wzwyż. Każda grupa zajęła inną salę i już do 16 zajmowała się daną grupą wiekową. Ja wybrałam 0-3 i w mojej grupie robiliśmy plakaty dotyczące właśnie rozwoju dzieci w tym wieku.

Drugiego dnia odbyła się też wycieczka do NYC! Ahhh cudownie! Ciągle do mnie nie dociera, że tam byliśmy.



















Dzień 3.
Początek dnia podobnie jak dzień 2. Tym razem jednak cały dzień trwały zajęcia z pierwszej pomocy. Ponownie zostaliśmy podzieleni na grupy - tym razem przypadkowo i ćwiczyliśmy resuscytacje dorosłego, dziecka i niemowlaka,, uczyliśmy się obsługiwać defibrylator AED i co robić w razie zakrztuszenia. Bardzo przydatne wg mnie. Popołudniu znowu zostaliśmy podzieleni na grupy wiekowe -jeśli ktoś pierwszego dnia był w 0-3 to drugiego mógł wybrać inną grupę (nie każdy ma takie szczęście jak ja i zajmuje się tylko jednym dzieckiem:))
Około godziny 17 skończyliśmy i mieliśmy czas wolny. Można wtedy jechać specjalnym hotelowym busem do centrum handlowego gdzie jest m.in. Walmart i tjmaxx. Nasz kierowca jednak zawiózł w inne miejsce, gdzie były tylko restauracje, zresztą w większości już zamknięte;/ Znaleźliśmy jednak całkiem przyjemną gdzie spędziliśmy baaaardzo fajnie 3godzinki.
Pierwsze amerykański burger i okropne piwo.

Dzień 4.
To chyba najstraszniejszy dzień. Do 7.30 trzeba znieść wszystkie bagaże do specjalnych pomieszczeń. O 8 zaczyna się ostatnie szkolenie. Ok. 10.30 jest już lunch. Wtedy też kobiety rozdzielają kto ma ile na niego czasu ( Ci co wylatywali wcześniej - mieli około 20 minut!). Ja miałam około 1,5 h. DLaczego to najstraszniejszy dzień? Strach wymieszany z ekscytacją i smutkiem (3 dni wystarczy żeby nawiązać naprawdę dobre znajomości!) W trakcie lunchu siedzisz i obserwujesz jak powolutku sala pustoszeje. Kolejne pożegnania. A nawet łzy. Moja grupa była jedną z ostatnich które opuszczały salę jadalną, więc przez 1,5 h obserwowałam mnóstwo pożegnań. Kiedy przyszła moja kolej odebrałam bagaże i zostaliśmy wsadzeni do autobusu a na lotnisku - dawajcie już sobie radę sami!;p

Miałam to szczęście, że nie leciałam sama. Towarzyszył mi hiszpan, który będzie au pair w Houston. Bez niego chyba bym się po pierwsze zgubiła, po drugie zabeczała, a po trzecie chyba w ogóle nie wsiadła do tego samolotu;p

To tyle o szkoleniu. Starałam się jak mogłam przypomnieć najwięcej faktów, ale to tyle na co mnie stać;) Następnym razem będzie więcej już o tym jak mi się tutaj żyje;)


poniedziałek, 12 stycznia 2015

Tydzień w US!

Tak, stało się! Mija pierwszy tydzień odkąd jestem w Stanach. Czy mi się podoba? Myślę, że tak. Ale za wcześnie jeszcze  żeby się zachwycać.

Szkolenie w NJ może i nudne, ale ja je bardzo dobrze wspominam, głównie dzięki ludziom. O szkoleniu i wycieczce do NYC chciałabym zrobić osobny post, więc w tym niczego specjalnego się nie dowiecie.

Lot z Krakowa do Monachium był przyjemny, ale ten z Monachium do Newark już mniej. Po pierwsze - siedzenie ponad 9h w jednym miejscu nie jest najprzyjemniejsze na świecie, a po drugie lądowanie było STRASZNE. Ile latałam po Europie to takich turbulencji jeszcze nie miałam nigdy. Mój żołądek wyobkręcał się milion razy. Serio. 
Mimo wszystko lot był znośny tylko dzięki obecności Karoliny, którą spotkałam na lotnisku w Monachium i którą z tego miejsca baaaardzo mocno ściskam:*

Host family póki co bardzo sympatyczna. Dzieciaczek przeuroczy. Miałam już kilka przejażdżek po okolicy i wycieczke do muzeum w Houston. Cudno. Jeszcze tam wrócę. Nie jeden raz. 

Dzisiaj jest pierwszy dzień kiedy pracuję. Pobudka 5.30 i do 11 zajmuję się M. Później basen i po nim pałeczkę przejmuje niania. O 16 znowu moja kolej. Wtedy też wraca host dad do domu, ale zamyka się w office i wykonuje telefony zwykle do 17- 17.30. Późnej znowu jestem off. 

Yhym może żeby być całkiem uczciwą wspomnę o blokadzie językowej. W moim przypadku jest. I to duża. Rozumiem co do mnie mówią, w głowie wiem co chce odpowiedzieć, ale nie mogę już tego powtórzyć na głos. To jest strasznie frustrujące. Ciągle mam nadzieje, że z czasem będzie poprawa.

Muszę kończyć, bo za 20 minut moja zmiana przy małym M., ale obiecuję, że posty będą. Tylko potrzebuję troche więcej czasu żeby się tutaj zadomowić i znaleźć odpowiedni czas na pisanie;)

Tak więc.. do następnego! ;)