środa, 25 marca 2015

Stabilizacja?

Krótki post, który ma wam dać znać, że żyję i nadal jestem w NC. Zresztą... zapowiada się, że chyba jeszcze trochę tutaj zostanę. Nie myślcie, że wszystko się zmieniło i mam tutaj jak u Pana Boga za piecem - nadal jest kiepsko, nadal uważam, że to nie jest perfect match (ba! to nawet nie jest good match), ale chyba powoli przyzwyczajam się do sytuacji i powinnam dać radę.

Żeby być całkiem szczerą - jest mała poprawa z małym D. Już nie latam za nim godzinę prosząc żeby pozwolił mi przebrać pieluchę, teraz wystarcza 5min w porywach do 10. Także sukces. Nie wrzeszczy też jak ojciec wychodzi z domu do pracy - pocichutku pobrzdękoli pod nosem, ale przechodzi mu już po zwykle 2 minutkach. Niestety nadal bije, kopie i nadal sprawia mu to ogromną radość.

Ciągle mam problem z przystosowaniem się do ich trybu życia. Przy nich wychodzę na pedantkę. Wkurza mnie syf w domu, wkurza mnie brudny pies, nie wykąpane przez cały tydzień dzieci, wkurzają mnie psie odchody w całym ogródku i to, że cały czas modlę się, żeby na żadnym dzieci nie wylądowały (ps. wczoraj mała R. centralnie usiadła na kupie psa, a później pies sobie usiadł na swojej włąsnej kupie - baaaardzo śmierdząca sprawa). Wkurza mnie, że mój pokój nadal jest taki surowy, a obiecanki o przemalowaniu i udekorowaniu to były zwykłe cacanki, a mi radość...
Ok, wylałam żale, mogę przejść dalej:)

Mam już też za sobą pierwsze nazwanie mnie "mamą".

W weekend byłyśmy z dziewczynami w Atlancie więc szykuje się dłuuuugi post o tym całkiem fajnym mieście z masą zdjęć;)

W najbliższą sobotę znowu udaję się w okolice Atlanty na spotkanie z moim ulubionym pisarzem -Harlanem Cobenem. Cieszę się tak jaby to była co najmniej jakaś gwiazda rocka;)
Niedziele mam zamiar spędzić na totalnym chillu, bo wieczorem wyjeżdzamy z hostką i dzieciakami do Greensboro gdzie hostka ma 3 dniowe szkolenie (przez ten wyjazd nie mogę iść na świąteczną, polską mszę w Greenville:/).

Wyczekujcie lada chwila postu z Atlanty a tymczasem mix z ostatniego czasu;)

Vegański burger -yummy! serio!

Sushi time z Kasią;)

Looking Glass Falls








Science Center w Greensboro i specjalny pokaz okazałego ogona tylko dla nas!:)

Alligator snapping turtle


Najcudowniejsza gorąca czekolada jaką kiedykolwiek piłam! Jeśli ktoś z was będzie w odwiedzinach w Asheville w NC to gorąco polecam French Broad Chocolate Lounge w downtown!

Wiosna do nas zawitała pełną parą:)

Ciężkie życie au pair. Codziennie Bruno Mars. D. jest wielkim fanem więc znam piosenki tego kolesia na wylot razem z ukłądami tanecznymi z teledysków i koncertów. 



Takie widoki lubię. Chwila ciszy i spokoju....


niedziela, 8 marca 2015

Why I'm still here....

Pod ostatnim postem pojawiło się kilka komentarzy czy nie myślę nad kolejnym re-matchem. Powiem tak - gdyby to była moja pierwsza rodzina nie zastanawiałabym się ani chwili. Rematch byłby nieunikniony. Sytuacja jednak wygląda całkiem inaczej... Niby mój pierwszy rematch nie był z mojej winy, ale niestety rematch to rematch...

Do tej pory nie zdecydowałam się na zmianę rodziny z dwóch powodów. Pierwszy to strach przed tym, że nie znajdę rodziny, bo to żadna nie zechce dziewczyny, która w ciągu dwóch miesięcy pobytu w USA już drugi raz zmienia rodzinę. A po drugie po prostu nie czuję się psychicznie na siłach, żeby znowu przez to przechodzić. Niektórym moze się wydawać,  że wyolbrzymiam... Ale dla mnie tułanie się ciągle po obcych jest straszne. Nie mam wtedy ani grama poczucia bezpieczeństwa, przynależności czy też poczucia własnej wartości.

Owszem chwilami sobie myślę: pozwolisz żeby Twoje marzenia legły w gruzach przez 3,5 letnie dziecko i niezbyt normalnych rodziców? NIE! I wtedy właśnie myślę o rematchu. Myślę też o nim gdy moi znajomi i rodzina mnie do tego namawiają. Myślę też o nim gdy czytam takie komentarze jak pod ostatnim postem...

Podsumowując i odpowiadając na wasze pytania: tak- myślę o rematchu, nie- nie jestem chyba na niego wystarczająco silna i odważna. Jednak przy okazji - chcę wam bardzo podziękować za takie słowa wsparcia! Jestem ogromnie wdzięczna!

A jak wygląda sytuacja na chwilę obecną?

Sytuacja z czwartku: zabrałam dzieci do parku do downtown. Kiedy wracaliśmy GPS hostów (ciągle nie ograniam miasta, co jest zrozumiałe biorąc pod uwagę, że mało tam jeżdzę...) zaczął świrować i wywiózł mnie w pole, a raczej na autostradę. Żeby ratować sytuację włączyłam GPS na telefonie. Kiedy wróciłam do domu i powiedziałam o tym host mamie to dostałam burę, żebym już więcej tego nie robiła, bo to zużywa za dużo internetu (mam z nią do podziału 1GB hahaha). Także zapamiętajcie - lepiej błądzić z dzieciakami niż przekroczyć limit na telefonie!

Sytuacja z piątku: po raz pierwszy w życiu uderzyłam w coś samochodem...W dodatku samochodem hosta... Jechałam do sklepu i cofając pod domem na śmierć zapomniałam (nie pytajcie jak to możliwe bo sama do tej pory nie ogarniam) o murku, który stoi równolegle do "garażu" i zamiast ciągnąć się prosto w pewnym momencie delikatnie zakręca. Zatem Florentyna na śmierć zapomniała, że trzeba delikatnie odbić, za bardzo skupiając się na drugiej stronie i uderzyła w murek. Szkody nie są wielkie, ale są. Kiedy skruszona wróciłam i powiedziałam o tym, host dad machnął tylko ręką, powiedział, że nic się nie stało i że jego żona też to samo zrobiła z jego samochodem gdy się tutaj wprowadzili. Hostka za to przyszła później i zaczęła się ze mnie śmiać mówiąc, że podobno przyznając się do winy miałam komiczną minę (tak przynajmniej wynika z relacji hosta) i że jej ulżyło, że nie tylko ona była tak mądra i zapomniała o murku.

Sytuacja z dzisiaj: dobiłam dziś 47 godzin przepracowanych w tym tygodniu. Gdyby nie ta piątkowa akcja z samochodem to na bank w niedziele bym porozmawiała z nimi o moim schedule. A teraz zwyczajnie mi głupio.

Jutro spotkanie au pair - moje pierwsze w nowym miejscu. Poza tym zaczynam intensywną naukę do prawka. Przydałoby się je w nadchodzącym tygodniu zdać. I zaczynam też zajęcia na siłowni 0 hości kupili rodzinny karnet.

Do następnego!

poniedziałek, 2 marca 2015

Never give up?

Od czego zacząć? Może od tego, że nadal jestem w NC. Dlaczego? Nie pytajcie... Jestem osobą strasznie upartą i jak już coś sobie wymyślę to nie ma zmiłuj. Kilka lat temu tak sobie wymyśliłam właśnie amerykańską przygodę. I teraz mimo tego, że nie jestem szczęśliwa z tą rodziną u której jestem, mam straszne problemy z host dzieckiem i codziennie zmagam się z brudem ( nieodłączną częścią domu hostów) to ciągle tutaj tkwię. Bo to Ameryka. Głupie, wiem.

Zeszły tydzień był pełen sytuacji, które wywołały u mnie frustrację i złość. Mój host kid D. dał mi w kość i m.in polała się pierwsza krew. Diablisko wpadło w szał, bo tatuś poszedł do pracy, rzucało się po podłodze i zaryło twarzą, rozcinając sobie wargę. Nie chcecie wiedzieć co poczułam jak zobaczyłam krew na jego twarzy...
Kolejna sytuacja? Ehh.. może lepiej nie. Niektóre osoby znają tą historię i mogą poręczyć jak obrzydliwa i poniżająca ona była...

Jedno jest pewne - łatwego życia to ja tutaj nie mam.

Poza tym hostka z tygodnia na tydzień rozkręca się z godzinami... Jak już zapewne wspominałam - miałam tutaj pracować 20h tygodniowo (od 1pm do 6pm). W pierwszym tygodniu przepracowałam 35h wg schedule ale trzeba doliczyć bedtime, (o tym później). W drugim tygodniu wg schedule było 39 plus bedtime, a w nadchodzącym jest już rozpisane 42h... Oj nie podoba mi się to. Bardzo.

Wracając do bedtime... Zazwyczaj wygląda to tak, że kończę oficjalnie "pracę" o 18.30- 19. Wtedy mam jakieś pół h do godziny na zrobienie sobie kolacji (nie jadam z hostami, bo po pierwsze host pracuje do 23-24 a po drugie hostka zwykle z lenistwa je jakieś wegańskie kanapki albo makaron...). Po kolacji teoretycznie zaczyna się mój "półgodzinny" bedtime. W praktyce trwa on 3h, bo moje host dzieciaki zasypiają na kanapie przed tv. Wtedy jestem potrzebna, bo hostka zanosi D. do pokoju i ja zostaję wtedy z małą R. Ktoś mógłby sobie pomyśleć "siedzi i ogląda tv i jeszcze marudzi", ale niestety oglądanie tv z takimi maluchami równa się skakanie po kanapie (i po au pair), przynoszenie żarełka, soczków itp. Poczekam jeszcze trochę i w ramach buntu powiem hostce żeby mi wysyłała smsa jak dzieci zasną to wtedy przyjdę jej pomóc...

O! Chyba muszę wspomnieć, że wczoraj pierwszy raz moja hostka ukarała Diabełka! Co prawda zrobiła to dopiero wtedy jak za trzecim razem uderzył on siostrę zabawką w głowę, ale lepiej późno niż wcale. O dyscyplinie to ja jeszcze z nimi nie raz porozmawiam...

A teraz przyjemniejsze rzeczy! Weekend zaliczam do udanych;)
Dostałam od hostów cztery darmowe wejściówki do Biltmore ( o tym miejscu myślę, że będzie osobny post). Oczywiście zgarnęłam Kasię, Karolinę i jej kolegę. Pojechaliśmy w sobotę. Najpierw śniadanko w Waffle House i na miejscu byliśmy po 11am. Dostaliśmy niestety wejściówki na zwiedzanie domu dopiero na 2.45pm. Postanowiliśmy zatem te 3h wykorzystać i pojechaliśmy na ... strzelnice! Super doświadczenie!






Później szybki lunch, pożegnanie z Kasią (bidulka musiała wracać, bo pracowała od 4pm) i wróciliśmy do Biltmore.

Niedziela upłynęła nam pod znakiem ZAKUPÓW:) Outlet w Gaffney odhaczony, kilka ciuszków więcej w szafie i człowiek od razu czuje się lepiej:)

I to by było na tyle. Za 45minut zaczynam swoją zmianę przy dzieciakach i straaaasznie mi się nie chce:/ A na myśl o tym diablątku w marzeniach pakuję walizkę do Polski...

Do następnego!