niedziela, 12 kwietnia 2015

Atlanta!

Atlanta była na naszej liście odkąd przyjechałam do Północnej Karoliny, a to za sprawą Kasi, która już tam była i bardzo jej się podobało. Zresztą... grzechem byłoby nie pojechać skoro to tylko 3h drogi samochodem.

W drogę ruszyłyśmy z samego rana (a może jednak nie, bo po 9;)). Od razu po przyjeździe udałyśmy się do Parku Olimpijskiego. W pobliżu jest znane w całym USA Aquarium i muzeum Coca-coli. Samochód zostawiłyśmy na parkingu Coca-Coli, bo nie było sensu szukać dalej, a poza tym 10$ bez względu na czas jaki się tam stoi jest ceną bardzo przystępną zwłaszcza jeśli się ją podzieli na cztery osoby;)

Pierwsze kroki skierowałyśmy do Hooters - byłyśmy głodne jak wilki. Po posiłku rozdzieliłyśmy się: ja i Karolina poszłyśmy do Aquarium a Kasia z Asią poszwędać się po parku. Wstęp do Aquarium kosztuje 42$ i jest wart swojej ceny!











Ciekawostka: idźcie kupić bilety wcześniej, bo nie wiem czy tak jest zawsze, ale my musiałyśmy czekać ponad godzinę na swoje wejście. Poza tym zorientujcie się wcześniej o której są pokazy delfinów, bo ponoć są cudowne. Nam się nie udało załapać:(

Po wizycie w Aquarium spotkałyśmy się z resztą towarzyszek i zdecydowałyśmy się zostawić muzeum Coca-Coli na niedzielę, bo miała być brzydka pogoda i skorzystać z cudownego sobotniego słonka. Pojechałyśmy do Piedmont Park gdzie jest wspaniały widok na "drapacze" Atlanty. Napstrykałyśmy zdjęć, pooglądałyśmy stroje amerykanek na słynny "prom" (w parku robili zdjęcia przed uroczystością) i w końcu udałyśmy się do hotelu. Ku moim i Karoliny obawom Motel 6 okazał się całkiem znośny (zresztą za tą cenę czego można by oczekiwać -wyszło ok 10$ na osobę). Po doprowadzeniu się do porządku ruszyłyśmy w miasto! Niestety... Kasia bardzo źle się poczuła i musiałyśmy wracać. Powrót zajął nam 2h hahah, bo szukałyśmy Walmarta w downtown. Mądre my.



Niedziela przywitała nas zimnem i deszczem. Jednak przed sobą miałyśmy muzeum Coca-Coli i to na co wszystkie (oprócz Asi) czekałyśmy od dawna: miasteczka Conyers i Covington! Niech jednak zacznę od Coca- Coli.




Coca - Cola orzeźwia!





Kolejny polski akcent - Kropla Beskidu!







Bilety: 17$. Czy warto? Taaak, chociażby dla spróbowania około pięćdziesięciu różnych napojów z całego świata!

Jak przystało na Amerykanistkę - nie mogłam sobie darować historii. W Atlancie, w dzielnicy Sweet Auburn znajduje się dom Martina L. Kinga, Kościół Batystyczny w którym był pastorem, oraz jego muzeum! Uwielbiam historię USA, a szczególnie interesują mnie dwa okresy: Wojna Secesyjna oraz lata 60-te XXI wieku i walka o prawa obywatelskie. Nigdy nie mogłam pojąć wątku czarnoskórych w historii USA- tego jak byli wykorzystywani i dyskryminowani. Dlatego MUSIAŁAM zobaczyć tą dzielnicę.




"I have a dream!"






Dom M.L.Kinga - jakość beznadziejna, ale liczą się chęci;)


Kolej na Conyers i Covington! Cóż to za miasteczka? Ano fani "The Originals" oraz "Pamiętników Wampirów" powinni wiedzieć:) To właśnie tam powstaje część zdjęć do tych seriali - w Conyers "TO", a w Covington "TWD".

Samo Conyers nie jest powalające. Właściwie to nic tam nie ma.


Za to Covington jest czarujące! Zwłaszcza downtown gdzie znajduje się słynny Mystic Grill. W Atlancie specjalnie nic nie zjadłyśmy, bo posiłek w Mystic Grill był naszym celem;)







Gdy weszłyśmy do baru od razu dało się wyczuć atmosferę Wampirów, Wiedźm i Wilkołaków<3 Miła obsługa od razu do nas podeszła, a gdy szłyśmy do stolika jedna z kobiet (wyglądała na managerkę) zapytała nas skąd przyjechałyśmy. Na wiadomość, że z Polski poprosiła o zdjęcie, które później umieściła na oficjalnym fanpage'u baru. Ahhh ten fame;)

Jedzenie - dobre, ale nie powalające.


Ceny- przystępne.
Obsługa - przyzwoita.

Po posiłku zrobiłyśmy sobie małe zwiedzanko;)









Krzesło Alarica:)










Tuż obok Mystic Grill znajduje się sklep z pamiątkami i gadżetami, ale na nasze nieszczęście był zamknięty w niedzielę.

Ciekawostka: zainteresowani oczywiście mogą wykupić wycieczkę po wszystkich znanych miejscach z serialu. Jest to koszt ponad 50$ i wg nie wart swojej ceny, bo wszystkie adresy można wyszukać w internecie i zrobić to samemu zachowując $ w portfelu. ALE! Podobno w wycieczkę wliczone jest zwiedzanie, któregoś z domu, bodajże Tylera.

My zdecydowałyśmy się na szybką objazdówkę po domach z serialu na własną rękę. Wszystkie znajdują się od siebie nie więcej jak 5 minut drogi.

I to tyle z weekendu w Atlancie. Następnym razem NASHVILLE moja miłość!:)

środa, 8 kwietnia 2015

Biltmore.



Wpis o Biltmore obiecałam już baaardzo dawno temu. Byłam tam z K. i K. oraz znajomym jednej z K. hahahah;) Porwaliśmy się na tą przyjemność tylko dlatego, że moja hostka podarowała mi cztery darmowe wejściówki. Grzechem byłoby nie skorzystać, bo normalny bilet kosztuje ponoć 60$.

Co to w ogóle jest to Biltmore? Jest to największy prywatny dom w Ameryce. Wybudował go George Washington Vanderbilt II w latach 1889- 1895. Vanderbilt oficjalnie otworzył dom w Wigilię Bożego Narodzenia w 1895 roku. Był to jego rodzinny dom, który zamieszkiwał z żoną i córką. Kiedy w 1924 r. jego córka wyszła za mąż zamieszkała tam ze swoim mężem. W 1930 w wyniku kryzysu rodzina zdecydowała się otworzyć dom dla zwiedzających. Do dziś dom ten jest źródłem dochodów kolejnych pokoleń Vanderbiltów. W trakcie jego zwiedzania można zobaczyć ogromne sypialnie, salony pełne przepychu, cudowną, wielką bibliotekę, ale i również pomieszczenia kuchenne, sypialnie pracowników oraz basen i siłownię.

Obecnie w Biltmore trwa wystawa oryginalnych strojów z serialu "Downton Abbey". Ja nie znałam wcześniej tego serialu, więc to jakoś szczególnie mnie nie kusiło, ale ostatecznie oglądanie tych strojów było całkiem przyjemne - moda z początku XX wieku jest cudowna. Obok każdego stroju jest zdjęcie z kadru serialu, w którym aktorzy noszą dany strój, więc można sobe wyobrazić resztę scenerii;)

Biltmore to jednak nie tylko największy dom w Ameryce. To również ogromny kompleks ogrodów, parków i innych atrakcji. Można tam pojeździć konno, urządzić piknik czy po prostu pospacerować wśród przepięknej przyrody. My niestety byliśmy tam końcem lutego kiedy to nie było jeszcze nawet zaczątków wiosny, ale w lecie podobno jest tam przepięknie. Jeśli hości znowu dostaną darmowe bilety to z pewnością wtedy tam wrócę:) Albo skorzystam z tego, że oni jako posiadacze rocznego wstępu mogą wprowadzić osobę towarzyszącą za free po godzinie 17;)

Podsumowując - jeśli zapłaciłabym za to 60$ to bym chyba żałowała. Nie jest warte to swojej ceny jak dla mnie. A już na pewno nie w zimie.  Jednak, jako że bilety były za free to doszłam do wniosku, że jest tam bardzo przyjemnie i jeśli nie jest się (poor) au pair to warto cały ten kompleks zwiedzić.

Nie mam niestety zdjęć ze środka, ponieważ robienie ich było zabronione. Poza tym na reszcie zdjęć, które posiadam jesteśmy my ( a nie wiem czy reszta daje mi zgodę na publikację:)) Zatem kradnę trochę zdjęć od wujka googla co by nie było tu tak pusto, a TUTAJ możecie bezpośrednio zaglądnąć na stronę Biltmore.



(źródło: fittripmia.com)

Spring-facade
(źródło: biltmore.com)


(źródło: romanticaasheville.com)


(źródło: romanticaasheville.com)


( źródło: biltmore.com)


(źródło: knoxnews.com)


(źródło: knoxnews.com)


Już niebawem notki z Atlanty i Nashville (gdzie spędziłam Wielkanoc)! Zatem do następnego!