piątek, 1 maja 2015

Nashville!

I wreszcie przyszedł czas na moje ukochane Nasheville. Szczerze? Nie spodziewałam się w ogóle, że aż tak może nam się tam spodobać. Wszystko. Ludzie. Miejsca. Koncerty na żywo. Muzyka country. Buty kowbojskie. Historyczne miejsca. Perkusista (hahahaha).
Ale po kolei...

Do Nasheville ruszyłyśmy z Kasią w piątek wieczorem. Lecąc po kosztach znowu nocowałyśmy w Motelu 6 haha, ale naprawdę nie jest tam tak źle! W hotelu byłyśmy bardzo późno, bo po drodze dopadła nas burza i ulewa, więc trzeba było jechać żółwim tempem. Po dotarciu na miejsce grzecznie udałyśmy się na spoczynek co by mieć siły na weekendową przygodę!

W sobotę z racji, że pogoda była przepiękna postanowiłyśmy zacząć nasze zwiedzanie od okolicy Nashville, a konkretnie miejsowości Franklin gdzie znajduje się kilka miejsc mocno związanych z Wojną Secesyjną.

Dom na starej plantacji we Frankiln niedaleko Nashville, który w czasie Wojny Secesyjnej służył szpital.






















Przez moment poczułyśmy się nawet jak w Grecji! 






W drodze powrotnej chciałyśmy zobaczyć dom Andrew Jacksona. Niestety koszt wstępu nieco nasz zapał ostudził i w rezultacie skończyłyśmy w wielkim outlecie hahaha. Nasza wina, nasza wina, nasza bardzo wielka wina.


Po "małych" zakupach wróciłyśmy do motelu, szybko doprowadziłyśmy się do porządku i ruszyłyśmy w miasto! Cudowne miasto! Magiczne miasto! Ohhh i ahhh!





Najpierw poszłyśmy do Dick'sa na kolację. Poleciła nam to miejsce jedna z au pair na grupie na facebooku i miała racje. Super miejsce ALE(!) nie pyszne. Niestety. Jedzenie bardzo nam nie smakowało. Za to atmosfera niesamowita! Siedziałyśmy przy jednym stole z całkiem obcymi nam ludźmi, muzyka na żywo, a każdy klient otrzymał specjalną, spersonalizowaną papierową czapkę. Było to o tyle zabawne, że kelnerzy zakładali ją na głowę klientowi a on sam nie mógł odczytać co jest na niej napisane. Sąsiedzi przy stoliku napierw musieli popłakać się ze śmiechu zanim łaskawie powiedzieli co jest napisane na czapce:)




Po wyjściu poprosiłam pracowika Dick'sa żeby zrobił zdjęcie mi i Kasi. Zanim to zrobił napstrykał sobie chyba około 100 selfie. A później sam się wprosił na nasze zdjęcie. Efekty poniżej.





Po milionie selfie ruszyłyśmy do klubu, który również poleciła nam jedna z au pair. Mieli nas tam nauczyć tańca country! Niestety Kasia nie ma 21 lat i musiałaby zapłacić 20-25$ wstępu (przy czym normalny wstęp 6$ jeśli dobrze pamiętam. Zdecydowałyśmy się więc zrezygnować i poszukać czegoś za free. Nie było to trudne zważywszy, że Nashville to stolica muzyki. Do pierwszego baru zwabił nas widok przystojnego gitarzysty na scenie hahah. Chwilkę tam zabawiłyśmy i ruszyłyśmy dalej. Padło na Honky Tonk Central. I tutaj apel do wszystkich, którzy będą w Nashville - koniecznie zajrzyjcie do Honky Tonk. 3 piętra, 3 bary, 3 sceny i muzyka na żywo. Mistrzostwo! Na każdym piętrze inny typ muzyki więc każdy znajdzie coś dla siebie. Chwilę pobyłyśmy na parterze i ruszyłyśmy sprawdzić resztę pięter. Resztę wieczoru spędziłyśmy na drugim piętrze. Przez 3h jak głupie siksy wzdychając do perkusisty. Tak - zakochałyśmy się. Tak - jest to miłość platoniczna. Tak- znów poczułam się jak w gimnazjum. Co muzycy potrafią zrobić z mózgiem inteligentnych kobiet....



Ten w czerwonej koszuli to była nasza miłość zanim jeszcze spotkałyśmy perkusistę...


Jest i on.... hahahahhah

Niedzielę spędziłyśmy zwiedzając fort z czasów wojny secesyjnej oraz szwędając się po downtown, bo miałyśmy tylko pół dnia i trzeba było wracać do domu:(










Kolejna pozycja z bucket list wykreślona - Jack Daniels w Tennessee.


Z Andrew. ;)


Capitol.







Podsumowując - do Nashville jeszcze z Kasią wrócimy. Choćby na jeden dzień. Na jedną noc. Wrócimy. I wszystkim wam całym serduszkiem polecam to miejsce!

ps. Przepraszam za zdjęcia. Czasami chciałabym być lepszym fotografem:(