środa, 3 czerwca 2015

Misz masz

Ten post czeka na publikację już dwa miesiące! Niedowiary jak ten czas tutaj leci!
Pierwotnie miał to być tylko post o spotkaniu z moim ulubionym pisarzem. Jednakże zwlekałam, aż tak długo, że zrobię z niego lekki misz masz tego co się działo w ostatnich tygodniach.

Końcem marca w związku z promocją najnowszej książki mój ulubiony pisarz odbywał trasę promocyjną. Pierwotnie kiedy byłam jeszcze w Texasie miałam się wybrać na Booksigning w Houston, tym samym lądując w rematchu musiałam znaleźć nowe miejsce i tak wylądowałam w Buford w Georgii. Kochana Kasia mimo, że nie znała ani jednej jego książki pojechała ze mną.

Na spotkanie przybyłyśmy spóźnione, bo Kasi host oczywiście z nieznanych nam przyczyn spóźnił się ponad godzinę! Kiedy przybyłyśmy na miejsce Harlan Coben - bo o nim tutaj mowa już wygłaszał swój wstęp. Kupiłam świeżutką, jeszcze cieplutką książkę, zabrałam swój numerek  i wysłuchałam końcówki przemówienia. Po wystąpieniu, króŧkim odczytaniu frgamentu książki i odpowiedziach na zadane mu pytania przyszedł czas na podpisywanie książek i zdjęcia!

Na swoją kolej czekałam blisko dwie godziny, ale było warto! Było to jedno z moich największych marzeń, bo książki Harlana czytam od 10 lat i nigdy żadna mnie nie zawiodła. Spotkanie z nim w oko w oko to niesamowite przeżycie. Kiedy zapytał mnie skąd jestem, a ja odpowiedziałam, że z Polski, Harlan powiedział: "to fascynujące! Na każdym moim spotkaniu jest ktoś z Polski. Jesteście niesamowici!". Potwierdzam! Polscy fani są wszędzie:) Oto kilka zdjęć z króciutkiej aczkolwiek niezapomnianej chwili:






A jakby tego było mało - następnego dnia sam Harlan Coben polubił nasze wspólne zdjęcie na instagramie! Tyle radości!



W drugi weekend maja musiałam jechać z hostką i dzieciakami na przyjęcie urodzinowe do dzieciaków ich przyjaciół do Charlotte. Całą sobotę miałam wolną, w niedziele pracowałam - hostka z przyjaciółkami z okazji Dnia Matki wybrała się do SPA. Ale zanim nastała pracowita niedziela, sobotę spędziłam z Aśką, która specjalnie przyjechała z Greensboro!

Byłyśmy w polskiej restauracji, jadłyśmy pierogi i spotkałyśmy typowych polaczków cebulaczków! Ehhh warto było! Niestety zdjęcia pierogów nie mam, bo zanim pomyślałam "zdjęcie" to już ich na talerzu nie było;)

Później powłóczyłyśmy się po downtown i rozjechałyśmy do domów. Poniżej kilka zdjęć. Była to moja pierwsza wizyta w Charlotte i miasto całkiem całkiem przypadło mi do gustu:)













Co do obecnej sytuacji w mojej host rodzinie...Mamy lepsze i gorsze momenty. Hości skrupulatnie wykorzystują każdą minutę z 45h tygodniowo. KAŻDĄ. Ale chyba i tak powinnam się cieszyć, że nie ma rażących nadgodzin jak u niektórych au pair. Dzieci? Momentami bym je schrupała, żeby zaraz mieć ochotę rozszarpać je na kawałki. Nie mogę pojąć tak totalnie skrajnych emocji w stosunku do nich. Potrafią być słodkie - cały tydzień całowały moje kolano na którym widnieje ogromny dorodny siniak po spotkaniu au pair (wrotki;)), ale potrafią nieźle zaleść za skórę - rozlanie z premedytacją całego smoothie na podłogę? Dlaczego nie?

Ogólnie muszę przyznać, że mimo wielu momentów zwątpienia i nienawidzenia tych dzieci to je polubiłam ( tak wiem jak to brzmi - piękna polszczyzna). Lubię je, one mnie lubią, trochę ję utemperowałam - zwłaszcza starszego i ogólnie można to wszystko znieść.

Do brudu i smrodu w domu też już przywykłam. Tzn ciągle mam z tym problem, ale już nie taki jak na samym początku.

Ale jest jedno ALE... Zrobiło się u nas upalnie i na  światło dzienne zaczęły wychodzić węże i jaszczurki. Musicie wiedzieć,  że mam fobie. Nienawidze ich! Pierwszego węża spotkałam w ogrodzie botanicznym. Dzieci pod pachy i spieprzałam gdzie pieprz rośnie! Drugi raz natknęłam się na identycznego na drodze do domu, praktycznie na samym podjeździe! 
Jednak to teraz będzie torpeda moi drodzy... Dwa tygodnie temu gdy szłam do swojego pokoju zmienić tenisówki na klapki po powrocie z placu zabaw, zauważyłam łebek wystający spod drzwi szafy tuż obok mojej sypialni... Pisk, przerażenie w oczach i drętwiejące kończyny. Najpierw byłam pewna, że to wąż. Później logicznie myśląc doszłam do wniosku że był to łeb jaszczurki - wąż się przecież nie wycofie tyłęm prawda? Musiałby całym długim i obleśnym cielskiem zawrócić. Później zobaczyłam ją jeszcze raz i wtedy nabrałam pewności, że to jaszczurka. Na hostach nie zrobiło to wrażenia, Hostka uważa, że jaszczurki są urocze, a host no cóż miał kolejny powód do tego żeby mnie obśmiać. Na szczęście po kilku poszukiwaniachw moim pokoju i zastawieniu pułapki na nią w postaci mega mocnej taśmy klejącej wkońcu udało się ją złapać:) Teraz uż śpię "prawie" spokojnie. 


A na koniec misz masz zdjęć z ostatnich tygodni:)


Kwietniowe spotkanie au pair spędziłyśmy na łonie natury;)



Mój nowy przyjaciej -Gunter! Wylosowany za pierwszym razem z maszyny w Walmarcie.



  Najlepsza kawa w Asheville? Double Ds Coffee and Desserts w downtown.



W niedzielę wróciłam z mojego pierwszego tygodnia wakacji! Było ciężko wrócić do codzienności i ciągle się przyzwyczajam. Także następne posty (mam nadzieję, że już niebawem) będą z DC, NY i Philly!;)