poniedziałek, 14 września 2015

New York!

Start spreading the news, I'm leaving today.
I want to be a part of it, New York , New York.
These vagabond shoes, are longing to stray,
Right through the very heart of it, New York, New York. 
I wanna wake up , in a city that doesn't sleep.
And find I'm king of the hill, top of the heap.
["New York, New York" Frank Sinatra]

Tak moi drodzy! Nareszcie przyszła pora na post z mojego pobytu w Nowym Jorku! Musicie mi jednak jedno obiecać;) Czytając posta i oglądając zdjęcia będziecie słuchać mojej ulubionej piosenki o Nowym Jorku!

Do NYC dojechałyśmy o 5 rano. Bus wysadził nas tuż przy Time Square, więc miałyśmy okazję zobaczyć to miejsce bez zgiełku turystów. Zrobiłyśmy sobie oczywiście pamiątkowe zdjęcie w telebimie z przypadkowymi kolesiami;D




Pierwsze kroki skierowałyśmy do Starbucksa hahah żeby wypić coś ciepłego i ogarnąć się w łazience. Oczywiście "szczęście" nas nie opuszczało i łazienka była nieczynna;)  Posiedziałyśmy tam dość trochę i postanowiłyśmy ruszyć do naszego hostelu, zostawić rzeczy i bez zbędnego balastu podbijać Big Apple. W metrze...w drodze na Greenpoint gdzie znajdował się nasz hostel...patrząc przed siebie i myśląc o bzdetach... przypomniałam sobie, że nie potwierdziłam rezerwacji dzień wcześniej! Spanikowałyśmy. O jasny gwint serio wam mówię obie ześwirowałyśmy. Ja do tego stopnia, że nie byłam w stanie zadzwonić do hostelu - zrobiła to Jusia. Na szczęście rezerwacja nie przepadła i miałyśmy dach nad głową!

Tego dnia był Memorial Day więc uznałyśmy, że będzie pełno turystów, poza tym nie miałyśmy zbyt wiele sił po nocy spędzonej w autobusie i postanowiłyśmy po prostu zrelaksować się w Central Parku. Trochę połaziłyśmy po Time Square, odwiedziłyśmy sklep Disneya, raj M&M'sów i spotkałyśmy się w CP z Alicją, moją koleżanką z Orientation!:)





I przepyszne lody! <3

Żeby tak do końca nie marnować tego dnia ( Jusia i ja mamy paskudny tryb zwiedzania - ledwo zipią, postanawiają, że muszą się zrelaksować i nic nie będą tego dnia robić , a i tak w końcu decydują się jednak COŚ zobaczyć:)) poszłyśmy do MET (The Metropolitan Museum of Art).
[Ciekawostka: nie wszyscy wiedzą, że zarówno w MET jak i do American Museum of Natural History nie trzeba płacić za cały bilet. 25$ jest to cena sugerowana NIE wymagana, więc zwiedzać można już nawet za dolara!]











[Musicie wybaczyć, ale w MET zdjęcia robiłam JA, więc są beznadziejne:D]

Po ekspresowej wizycie w museum przyszła kolej na jedzonko! Wylądowałyśmy w przyjemnej restauracyjce w bocznej uliczce Nowego Yorku i zajadałyśmy smaczną pizzę:)

Kolejnym przystankiem tego dnia był tylko hostel:) Wróciłyśmy wcześniej, żeby się wyspać, zregenerować siły i we wtorek zacząć INTENSYWNE zwiedzanie!

Następnego dnia rano zwarte i gotowe najpierw udałyśmy się na śniadanko:D Jak już wspomniałam mieszkałyśmy na Greenpoincie więc z każdej strony otoczone byłyśmy polskimi sklepami.

Kupiłyśmy pyszne bułeczki i serki Danon. Wymarzone śniadanie. Poważnie. Buźka mi się cały dzień cieszyła na myśl, że jutro moge zjeść takie samo;D

Naszym priorytetem tego dnia było zrobienie sobie zdjęć z napisem LOVE i wysłanie go z życzeniami do naszych Mam, ponieważ akurat wtedy wypadał Dzień Matki w Polsce. Taka "o!" niespodziewanka.

Jako, że poprzedniego dnia zwiedzania Central Parku jako tako nie było to wyporzyczyłyśmy rowery na 2 godzinki i ambitnie chciałyśmy wszystko zobaczyć. No niestety. Porażka. Zobaczyłyśmy może jakąś 1/2 tego co chciałyśmy no i oczywiście i tak jechałyśmy jak szalone żeby zdażyć oddać rowery na czas...


Po takiej przejażdzce postanowiłyśmy popłynąć jeszcze tego samego dnia na Liberty Island i Ellis Island. A co. Jak szaleć to szaleć. Najważniejsza sprawa: Statue of Liberty tak samo jak White House rozczarowuje. Wcale nie jest tak ogromna jakby się mogło wydawać. I w ogóle nic w niej szczególnego nie ma. No może oprócz symboliki.








Jako absolwentki Amerykanistyki nie mogłyśmy odpuścić oczywiście Ellis Island...












Następny przystanek - Museum 9/11. Chytra baba wyczytała w internetach, że we wtorki po godzinie 17 wstęp do muzeum jest za free. Zaoszczędzić 20$? Czemu nie! Niestety, nie spodziewałyśmy się, że trzeba przyjść sobie wcześniej zgarnąć te bilety za darmo... Budżet miałyśmy na styk więc niestety nie mogłyśmy sobie pozwolić na kupno biletów i wejście do środka. No nic, przecież jeszcze do Nowego Jorku wrócimy!








Jako, że wizyta w muzeum nie wypaliła ruszyłyśmy w poszukiwaniu CHucka Bass'a.


I domu Carrie Bradshaw. Jako, że mapa to nasze drugie imie skorzystałyśmy z GPS w Jusi telefonie. On niestety nas okłamał i wylądowałyśmy w totalnie innym miejscu niż miałyśmy. Domu Carrie tego dnia nie było.

Plan na środe był napięty, więc z hostelu znowu ruszyłyśmy wczesnym rankiem. Zjadłyśmy nasze ulubione śniadanie (czyt. jogurt i bułeczkę) i ruszyłyśmy metrem w stronę mostu Brooklińskiego.



Całkiem niedaleko w końcu natknęłyśmy się Trinity Church.

Tuż obok było Wall Street i chwyciłyśmy słynnego byka za rogi a nawet za coś więcej:D Oczywiście był to najtrudniejszy punkt zrobienia sobie pamiątkowej fotografii, ponieważ turyści narodowości Azjatyckiej twardo okupowali to miejsce...


Na południe byłyśmy umówione z koleżanką Jusi ze studiów. Po tych atrakcjach z rana miałyśmy jeszcze trochę czasu więc szybciutko ruszyłyśmy w poszukiwaniu budynku, w którym mieszkali bohaterowie naszego ulubionego serialu ... FRIENDS!

W południe spotkałyśmy się z Sylwią i kolejnym punktem był Empire State Building. Szczerze to średnio chciało mi się wydawać 32$ za wyjazd na 86 piętro tegoż budynku, bo nigdy mnie to jakoś nie fascynowało, ALE... za namową Jusi skusiłam się na to i nie żałuję:)








Następnie pieszo dotarłyśmy pod Rockefeller Centre po drodze kupując wymarzone czapki Yankesów:D Ps. Dla mnie to miejsce jest dużo bardziej magiczne w trakcie świąt Bożego Narodzenia;p




Każdy fan "Gossip Girl" wie gdzie zaczyna się akcja pierwszego odcinka pierwszego sezonu. Na Grand Central. Psychofanki prawie wszystkich seriali nie mogły odpuścić sobie miejsca;D





Słyszałyśmy tyle dobrego o Bryant Parku, że nie mogłyśmy nie zobaczyć tego miejsca. W samym środku centrum, pomiędzy drapaczami chmur znajduje się  skrawek zieleni, który choć rozmiarami daleko odbiega od rozmiarów Central Parku jest przyjemny i uroczy.




Po krótkim odpoczynku w parku postanowiłyśmy, w końcu dotrzeć do "prawdziwego" domu Carrie Bradshaw z "Seksu w Wielkim Mieście". I zgadnijcie co!? Trafiłyśmy!

Będąc już w okolicy nie mogłyśmy odpuścić sobie słynnej Magnolia Bakery, gdzie Carrie i jej przyjaciółki zaopatrywały się w słodkości:)

Na koniec dnia zaplanowałyśmy Flat Iron, a później poszłyśmy szukać Kevina w hotelu Plaza:)





W czwartek rano obudziłam się podekscytowana bowiem tego dnia miało się spełnić jedno z moich marzeń - obejrzeć "Króla Lwa" na Broadwayu... Musical był wieczorem, ale nie miałyśmy zbyt dużo czasu na zwiedzanie, bo przecież trzeba było odpowiednio wcześnie wrócić do domu, wyszykować się i dotrzeć punktualnie do Minskoff Theatre.

Wcześnie rano zerwałyśmy się z hostelu, a plan był taki żeby zaraz o 9 wejść do AMerican Museum of Natural History. Byłyśmy przed 9. Cóż. Muzeum otwierają o 10... DLatego też postanowiłyśmy zobaczyć coś w okolicy. Padło na Dakota Building i Central Park.

Zależało mi na tym żeby zobaczyć Dakota Building. Nie tylko dlatego, że był to dom Lenona i właśnie przed tym budynkiem został on zastrzelony, ale również dlatego, że w tym budynku mieszkał mój ulubiony (fikcyjny rzecz jasna) bohater książek Harlana Cobena, najlepszy przyjaciel Myrona Bolitara - Win. Niestety wiecznie nie opuszczający mnie "fart" spowodował, że budynek był w remoncie i zobaczyłam wiekie NIC.

Po drodze spotkałam tylko Abrahama Lincolna i zrobiłam sobie z nim pamiątkowe zdjęcie.


Spod domu Lenona ruszyłyśmy zobaczyć te zakamarki Central Parku, które umknęły nam podczas poprzedniej wizyty.











Po Central Parku przyszedł czas na American Museum of Natural History. Tradycyjnie już zrobiłyśmy je w ekspresowym tempie. Naprawde EKSPRESOWYM. No niestety, ale wpadłyśmy na pomysł, że chcemy zjeść obiad w Polskiej restauracji na Greenpoincie niedaleko naszego hostelu i to właśnie perspektywa rosołku oraz kotlecika z ziemniaczkami pchała nas ku wyjściu z muzeum:) Jednak żeby nie było... coś tam zobaczyłyśmy:)







I w końcu nadszedł ten długo wyczekiwany moment.... "The Lion King" na Broadwayu....


Do tej pory jak myślę o tym to mam ciarki. Niesamowite przeżycie, zwłaszcza jeśli było to Twoje marzenie. Coś wspaniałego. Polecam wszystkim z całego serduszka!

A zanim emocje zdążyły opaść, ponownie wzrosły! Bowiem w piątek, w ostatni dzień naszej wizyty w Big Apple Ed Sheeran grał koncert w Central Parku dla Good Morning America! Dowiedziałyśmy się o tym od wspaniałej Alicji (której chyba już do końca życia będziemy za to wdzięczne!). Było to zrządzenie losu tym bardziej, że planowałyśmy kupić bilety na jego koncert w NYC, ale zostały one wyprzedane. Możecie sobie zatem wyobrazić nasze miny na wieść, że Ed da koncert w Central Parku w dodatku ZA DARMO!
W czwartek wróciłyśmy do hostelu bardzo późno a w piątek musiałyśmy wstać już o 4 nad ranem. Dlaczego tak wcześnie? A no, bo koncert zaczynał się o 8 rano a o 7 zaczynali już wpuszczać na teren widowiska. A my z naszego Greenpointu musiałyśmy przecież jeszcze dojechać....
Kiedy dotarłyśmy i stałyśmy w gigantycznej kolejce zauważyłam, że ludzie trzymają w rękach jakieś kartki papieru. Zapytałam Jusi czy jak sprawdzała to wydarzenie to napewno pisało, że jest darmowe. Odpowiedziała, że tak, ale dla pewności sprawdzi. Sprawdziła. Koncert był za darmo ale trzeba było wcześniej sobie wydrukować darmowe bilety. WYobraźcie sobie naszą rozpacz. Katastrofa. Szybko wycofałyśmy się z kolejki i w pośpiechu zaczęłyśmy szukać dobrej miejscówki w okolicy żeby chociaż usłyszeć na żywo naszego ulubieńca. Udało się. Znalazłyśmy całkiem przyzwoity głaz, z którego nie dość, że było słychać to jeszcze odrobinę widać scenę. W końcu tuż po 8 rano Ed wyszedł na scenę i zaśpiewał 3 piosenki. 3! Trochę byłyśmy rozczarowane, ale z drugiej strony wciąż szczęśliwe, że udało nam się go chociaż chwilę posłuchać. Ruszyłyśmy zatem spacerkiem przez Central Park w stronę stacji metra, bo kolejnym punktem był stadion Yankees. Kiedy obchodziłyśmy wokoło ogrodzone miejsce gdzie był koncert (liczyłyśmy, że może Ed będzie wsiadał do auta i go chociaż z bliska zobaczymy hahah) kobieta z ochrony zawołała nas żebyśmy weszły i podeszły pod scene. WTF?!? Okazało się, że miało się odbyć kilka występów Eda w GMA. Ludzie, którzy zapewne śpieszyli się do pracy/ szkoły zaczęli opuszczać "plan" a telewizja oczywiście potrzebowała tłumu. Tak więc dwie szczęśliwe duszyczki z bananami na twarzy stały tuż prawie pod sceną słuchając jeszcze kilkakrotnie Eda. Byłyśmy wniebowzięte. Czy muszę dodawać coś jeszcze?:)



Na moim instagramie @florciantyna możecie zobaczyć dwa filmiki z tego koncertu:)

Jednym z ostatnich miejsc, które zobaczyłyśmy w NYC był Stadion Yankeesów. Tak tak odważne dziewczyny zapuściły się na Bronx :D

Później szybciutko pojechałyśmy na Chinatown. Tak szybciutko jak pojechałyśmy tak szybciutko wróciłyśmy, bo smród i bród, który tam zastałyśmy nas poprostu bardzo zaskoczył. Tyle.


Na "do widzenia" postanowiłyśmy jeszcze raz zjeść w przepysznej polskiej restauracji. O mamo na samą myśl teraz cieknie mi ślinka. A było to przecież 3 miesiące temu!

Po zabraniu  swoich tobołków z hostelu, wolnym tempem ruszyłyśmy na dworzec autobusowy, którym miałyśmy dojechać do Philly. Cóz... po drodze przypomniałyśmy sobie, że nie zobaczyłyśmy The High Line Park! Tak więc przebiegłyśmy szybciutko przez ten niezwykły park i resztą sił, zasapane dobiegłyśmy na na czas na nas autobus:)




Ufffff! Dotarłam do końca! Nie wierze! Zajęło mi to aż 3 miesiące! Ale jest:)
Dużo przez ten czas się wydarzyło. Byłam w Chicago, odbyłam tygodniowy road trip po Californii, Arizonie i Utah, odwiedziłam Charleston i w końcu Florydę! Także mam sporo do nadrobienia, ale obiecuje pomalutku, jakoś to wykonać. Poza tym przydałoby się chyba też krótko napisać jak wygląda moja sytuacja jako au pair. Ale o tym innym razem. Proszę o uzbrojenie się w cierpliwość a ze swojej strony obiecuję, że wpisy na blogu w najbliższym czasie pojawią się jak grzyby po deszczu:)

See ya!

ps. Bardzo przepraszam za jakiekolwiek literówki/ błądy językowe, które mogą się tutaj pojawić, ale poważnie męczyłam ten post bardzo długo i bez większego entuzjazmu:D