czwartek, 17 grudnia 2015

Windy City...

Kiedy Jusia w marcu przyleciała do naszej "Ziemi Obiecanej" zapowiedziałam hostom, że planuję wygospodarować któryś weekend na trip do Chicago. Jakie było moje zdziwienie gdy hostka oznajmiła, że tam się wychowała i nadal mieszka tam jej ojciec z macochą a oni planują ich odwiedzić w lipcu! Tym sposobem wycieczka do Chicago kosztowała mnie prawie nic, bo jechaliśmy samochodem , pierwsze dwie noce spałam u dziadków, później przeniosłam się do Jusi dzięki uprzejmości jej Cioci i Wujka,  a moi hości pojechali do Iowa do babci na kilka dni.

4 lipca niestety musiałam spędzić z nimi. Rano udaliśmy się na paradę a wieczorem nie dane mi było jechać do centrum obejrzeć pokaz fajerwerków z Jusią i zadowolić musiał mnie ten na szkolnym boisku na przedmieściach Chicago...












W niedzielę mimo, że musiałam pracować wieczorem, wsiadłam rano w pociag do downtown i spędziłam miło dzień z Jusia, świętujac przy okazji moje PÓŁ(!) roku w Ameryce.













W poniedziałek rano moi hości ruszyli do Iowa a ja rozpoczęłam czterodniowe lenistwo:) Tzn nie tak do końca było to lenistwo, no oczywiście nie taka jest definicja słowa "days off " w moim słowniku podczas pobytu w USA. Oczywiście sporo zwiedziłam, trochę się odstresowałam w kinie ogladajac "Magic Mike "😍 , trochę dogodziłam swoim kubkom smakowym zajadajac pysznego cheesecake ze  Cheesecake Factory, słynna chicagowska dip dish pizzę oraz pyszne polskie pierogi.

Pobyt w Chicago dał mi kopa na kolejne kilka miesięcy i pozwolił trochę poczuć się jak w Polsce, bo przecież była ze mna Jusia ❤️
 Poniżej fotorelacja  z mojego pobytu w wietrznym mieście (ps. to nie legendy, ono serio jest wietrzne).










Dreams come true!!! Zobaczyć "dom Kevina" było oczywiście jedną z pierwszych rzeczy które pojawiły się na mojej bucket list:)


W drodze powrotnej do North Carolina przejeżdzaliśmy przez Kentucy. Jedną z kolejnych rzeczy na mojej bucket list była totalna głupotka: zjeść w KFC w Kentucy (warto dodać, że ja nawet KFC nie lubię hahaha!) Tak więc, host bardzo się starał żebym to zrobiła nawet znalazł po drodze PIERWSZE KFC na świecie! No niestety, było jeszcze zamknięte jak tam dojechalśmy, a z dwójką dzieci hości nie chcieli czekać na otwarcie.... Także niestety tej rzeczy nie mogę wykreślić, ale przynajmnej mam zdjęcie przed pierwszym KFC na świecie;D





I tak na koniec pragnę się trochę usprawiedliwić z mojej nieobecności:) Otóż kiedy twardo postanowiłam nadrobić zaległości na blogu, mój komputer odmówił posłuszeństwa! A dokładniej jego klawiatura. Może to tylko kiepska wymówka, bo przecież można pisać na telefonie (jak robię to w tej chwili), ale lepsza taka niż żadna:)
Obiecuję nadrobić co nieco szybciutko, bowiem mój rok już się kończy! Taaak dobrze czytacie! Zostały mi ostatnie 3 tygodnie pracy i 2 tygodnie w ramach travel month i wracam do polskiej rzeczywistości... Cieszy mnie to strasznie, trochę też przeraża i doprowadza do lekkiego obłędu, ale w ostatecznym bilansie radość wygrywa i nie żałuję swojej decyzji. Więcej jednak o tym dlaczego nie przedłużyłam swojego pobytu i o tym jak dużo zmieniło się w moim życiu przez ten rok będziecie mogli przeczytać w osobnym poście, który prawdopodobnie pojawi się tuż po moim powrocie do Polski czyli po 19 stycznia!

A tymczasem trzymam kciuki za wszystkie byłe, obecne i przyszłe au pair! Do napisania!