sobota, 30 stycznia 2016

West Coast!

[Uwaga, będzie dłuuuugo.]

Ohhh West Coast road trip... Aż łezka w oku się kręci na samo wspomnienie... Oh a jest co wspominać ooooj jest:) Ale od poczatku...



Wybrałyśmy się w czwórkę: ja, Kasia, Jusia i Magda- przyjaciółka Jusi, która przyjechała w odwiedziny. Cztery baby, trzy stany i jeden samochód.
Przygodę zaczęłyśmy w pierwsza sobotę sierpnia ladujac w raju-LA. Przywitało nas słoneczko i przyjemne ciepełko. Niestety jak tylko przekroczyłyśmy próg lotniska czekała na nas pierwsza "niespodzianka". Samochód rezerwowałam ja, podając dane mojej karty i jakież było nasze zdziwienie gdy pan za biurkiem oznajmił, że karta "nie przechodzi". Sugerował, że może ja mam po prostu zbyt mało środków na koncie, że może mam dzienny limit finansowy, bla bla bla. Wiedziałam, że ani pierwsza ani druga opcja nie jest możliwa. Chciałyśmy zapłacić kartą -nie wolno. Chciałyśmy zapłacić kartą Kasi - nie wolno. Dopiero po chwili pan zaproponował nam, że możemy zapłacić kartą Kasi, ale musimy zmienić całą rezerwację i to właśnie Kasia zostanie osobą, na którą samochód będzie wypożyczony. Oczywiście musiałyśmy się upewnić, że żadnych kruczków w tej propozycji nie ma i że wcale nie będziemy musiały płacić więcej pieniążków:) Na nasze szczęście Kasia miała na koncie kwotę idealnie odpowiadającą naszemu rachunkowi. Jednakże zabrakło już na 150$ depozytu. Panu za biurkiem tak zależało, żeby na nas zarobić, że depozytu nie chciał:)

Kiedy nareszcie udało nam się wyrwać z wypożyczalni i ruszyć autostradą wśród palm i palącego słońca do centrum LA, musiałyśmy poszukać mojego banku i wyjaśnić sytuację. Ku mojemu zdziwieniu w banku nie mieli pojęcia o co chodzi. Dali mi zatem tymczasową kartę debetową, a nową wysłali na mój adres w NC. Myślałam, że będzie po sprawie, ale NIE! Chcąc na drugi dzień wypłacić pieniądze z bankomatu miałam kolejną niemiłą niespodziankę - konto zostało zablokowane po raz kolejny. To była niedziela - nic załatwić nie mogłam... Eh! Dobra koniec już o problemach z bankiem, bo mimo, że minęło już pół roku ja nadal na samą myśl o tym jakie miałam z nim problemy zaczynam się pocić i denerwować.

Jakie jest LA? Dla mnie to jedno z tych miejsc, które w Stanach zaskoczyły mnie najbardziej! Zawsze chciałam pojechać do Cali, zobaczyć Los Angeles i San Francisco, ale to do wschodniego wybrzeża moje serce zawsze należało. LA powitało nas słoneczkiem i tą "wyczilowaną" atmosferą. Ci ludzie, te miejsca, ten klimat... Nie można się nie zakochać! Zobaczcie zresztą sami:)

Venice Beach:





Dogadzałyśmy sobie jedzonkiem czasami:

Drugiego dnia z samiuśkiego rana postanowiłyśmy się przejść Walk of Fame zanim miały się na niej pojawić dzikie tłumy turystów.








my i Dejwid Hasselhoff

my i boski Johnny Depp






my i Marlon Brando.

Po Alei Sław podjechałyśmy podziwiać słynny napis Hollywood...




... i pojechałyśmy do Beverly Hills!







W takiej okolicy mogłybyśmy zamieszkać....


Dzień zakończyłyśmy na plaży w Santa Monica, ekonomicznie upijając się piwami wcześniej zakupionymi w markecie i pstrykając sobie zdjęcia przy restauracji znanej z filmu "Forrest Gump".


Ostatniego dnia pojechałyśmy do Santa Monica i wypożyczyłyśmy rowery.Z wiatrem we włosach i radością w serduszkach przemierzałyśmy west coast na dwukołowcach:)


 Kasia oczywiście nie zapomina o swoich ulubionych snapowiczach:D




 Przejechałyśmy wybrzeżem prawie do Hermosa Beach. A w drodze powrotnej rzuciłyśmy się na piach na Venice Beach...









Prawie bym zapomniała! Wszystkie cztery zakochalyśmy się w skate parku przy Venice Beach!










Po blisko trzech dniach spędzonych w mieście Aniołów ruszyłyśmy w stronę miejsca gdzie każdy turysta odwiedzający Amerykę kończy - w stronę Wielkiego Kanionu...
Oczywiście nasze prognozy i obliczenia ile nam zajmie dotarcie na miejsce troszeczkę były oszukane, więc do GC dotarłyśmy dość późno:( Nie pamiętam dokładnie, ale chyba około dwóch godzin przed zachodem słońca. W związku z tym nie udało nam się wybrać na hiking czy zobaczyć wszystkich miejsc, które mogłybyśmy zobaczyć. ALE! Pamiętajcie! Nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło:) Dzięki temu miałyśmy okazję zobaczyć niesamowity zachód słońca nad GC!























O! Ale nie wspomniałam dlaczego miałyśmy opóźnienie i dotarłyśmy tam tak późno. Otóż na autostradzie, pomiędzy jedną skałą a drugą, gdzieś w Ariozonie, zabrakło nam paliwa. Nie. Przepraszam. PRAWIE zabrakło nam paliwa. A było to tak, że w trakcie naszych jakże inteligentnych rozmów na temat pochodzenia tych wszystkich otaczających autostradę kamieni (otóż nie były to zawsze wielkie skały - czasami były to po prostu wielkie góry mniejszych kamieni, które wyglądały tak jakby je tam ktoś przetransportował. Pytanie zatem -po co??), Kasia, która w owym czasie prowadziła naszą strzałę, oznajmiła, że zaświeciła się rezerwa. Nie spanikowałyśmy, bo przecież nawet te niewyedukowane w zakresie mechaniki kobiety wiedzą, że na rezerwie zajedziemy około 35-40 mil PRZYNAJMNIEJ. Otóż jakież było nasze  zdziwienie, gdy dojrzałyśmy, że na desce rozdzielczej maszyna oznajmia nam iż mamy do przejechania 20 mil. Jeszcze większe zdziwienie (a raczej już wtedy panika) nastąpiło gdy sprawdziłyśmy w GPS za ile mil będzie najbliższa stacja benzynowa i okazało się, że za 23-24 mile. Wyłączyłyśmy klimatyzację -a co! lepiej sie smażyć przez 30 minut niż kilka godzin czekając na pomoc drogową. Kasia zaczęła oszczędniej jechać i dojechałyśmy! Co prawda pierwsza stacja, na którą się doturlałyśmy okazała się zamknięta (!), ale na szczęście ta po drugiej stronie ulicy była czynna, a nasz czterokołowiec współpracował i grzecznie do niej przejechał.

Po GC ruszyłyśmy do Page również w Arizonie. Po co tam? A no bo tam znajduje się Kanion Antylopy!  Nigdy o nim nie słyszeliście? Możliwe, bo nawet Amerykanie reagowali zdziwieniem, że mają takie cudo w swoim kraju. Myślę, że zdjęcia poniżej przekonają was, że warto będąc w okolicach zobaczyć to arcydzieło natury.
Ps. Dla mnie i dla Jusi, Kanion Antylopy okazał się dużo bardziej interesujący i ładniejszy niż Wielki Kanion(!)












Zanim jednak zwiedziłyśmy Kanion Antylopy, podjechałyśmy rano do Horseshoe Bend. jest to miejsce, w którym zakręca rzeka Kolorado. Cudowne miejsce! Niestety my byłyśmy rano, słońce źle wtedy padało i nasze zdjęcia ani w połowie nie ukazują piękna tego miejsca. Dlatego pod zdjęciami naszego autorstwa dorzucam zdjęcie od wujka Google:)




A tutaj lepsze zdjęcie, pożyczone od Google ukazujące prawdziwy urok tego miejsca:)


Po tych wszystkich cudach natury przyszła kolej na kicz:) Gdzie nas poniosło? A no do Vegas!












Ostatnim punktem naszej kalifornijskiej przygody było San Francisco. Jednak jak już pewnie zauważyliście, my zachłanne bestie jesteśmy, dlatego po drodze z Las Vegas do SF miałyśmy zaplanowany jeszcze dwa punkty. Nie miałyśmy dużo czasu, więc w planach było tych przejechanie przez te miejsca i nacieszenie oczu zza szyby  samochodu. O czym mówię? A no o Dolinie Śmierci i  Yosemite National Park!








Niestety w związku z komplikacjami z moim bankiem (wszystkie rezerwacje w hotelach były podpiete pod moją kartę) spędziłyśmy zbyt dużo czasu w LV, próbując problem rozwiązać, tym samym opóźniając swój wyjazd w stronę Północnej Kalifornii. Dotarłyśmy do Yosemite po zmierzchu, dlatego zdecydowałyśmy się wybrać krótszą trasę i udać się prosto do hotelu, w którym miałyśmy zarezerwowany nocleg. Myślicie, że to wszystko było takie łatwe? Otóż nie! Zanim dotarłyśmy do bezpiecznego miejsca i położyłyśmy się w cieplutkich łóżeczkach przeżyłyśmy chwile grozy!

Północ. Co kawałek znaki ostrzegające o dzikich zwierzętach: niedźwiedziach, wilkach, jeleniach i całej reszcie. Średnio co 30 minut mija nas jakiś samochód. Głucha cisza (no cóż - natura!). Bardzo strome drogi, raz pod górkę a raz z górki. Nagle w samochodzie roznosi się krzyk Kasi: " Hamulce nie działają!". Nasza trójka, która walczyła z opadającymi powiekami by jednak towarzyszyć Kasi w tej ciężkiej przeprawie podeszła do problemu na luzie: "Ale Kasia przecież właśnie zahamowałaś. Stoimy przecież.". No cóż okazało się, że zadziałał ręczny, nasze hamulce faktycznie odmówiły posłuszeństwa, a spod maski unosi się dym i śmierdzi spalenizną. Zjechałyśmy w zatoczkę (chwała Ci Panie, że akurat tam była zatoczka!) i nie wiedziałyśmy co robić. Każda z nas miała już perspektywę nocy w samochodzie wśród tych wszystkich groźnych i dzikich zwierząt. Telefony nie miały zasięgu, nawet numery alarmowe nie działały. Około 20 minut później zauważyłyśmy nadjezdzający samochód. Wszystkie równo wyskoczyłyśmy machając naszymi telefonami. Zatrzymał się starszy pan ze swoją dziewczyna. Słysząc co się stało próbował nas uspokoić, że nic takiego się nie stało i teraz hamulce będą działać (akurat!). Wytłumaczył, że Kasia zjeżdzając od jakiegoś czasu z góry cały czas trzymała nogę na hamulcu i go zwyczajnie spaliła. W ciągu tych 20  minut zdążył się ostudzić i z powrotem zadziałać. Miły starszy pan (swoją drogą wyglądający jak Steven Spielberg) zjechał z nami kilka mil w dół, demonstrując, że już z naszym samochodem jest wszystko ok. Po godzinie dotarłyśmy do hotelu. Ochłonęłyśmy i oczywiście zaczęłyśmy się śmiać z tego wszystkiego.

Do SF dotarłyśmy już bez przygód, oddałyśmy samochód i baaardzo zmęczone starałyśmy się zobaczyć w San Fran najpopularniejsze miejsca. W piątek radziłyśmy sobie same, ale już w sobotę naszą "wycieczkę" przejęła Olga, która jest au pair w SF i którą ja poznałam na szkoleniu w New Jersey. Dzięki niej nie musiałyśmy się przejmować transportem i główkowaniem nad tym "co następne zobaczyć".




















Zachodnie wybrzeże skradło moje serce. Jak już wspomniałam na początku nie można się w nim nie zakochać. Jednak dla mnie jest to miejsce gdzie wspaniale jest się wybrać na wakacje. Mieszkać bym chyba nie chciała (no chyba, że w LA:)).

Moi mili jestem już w Polsce. Posty z wszystkich moich amerykańskich wojaży będą się teraz ukazywać regularnie. Obiecuję. A kiedy już się z nimi wszystkimi uporam, obiecuję dodać post podsumowujący mój rok w USA (szczerze opowiadając o dobrych, ale i o ZŁYCH momentach bycia au pair) oraz post, który właściwie zaczęłam już pisać będąc jeszcze w USA - o tym jak program zmienił mnie jako osobę.

Do napisania już niebawem!

ps. Teraz mnie jeszcze natchnęło, że muszę napisać post o powrocie! Bo moi drodzy, muszę przyznać, że nie jest to łatwe nawet dla kogoś, kto był pewny swojej decyzji o nieprzedłużaniu programu w 1000%...