piątek, 5 lutego 2016

Słoneczna (jaszczurkowa) Floryda!

Początkiem września zapakowaliśmy się w 6  (tak! w 6! Ja, hości, dwójka dzieci i pies) do niezbyt wielkiego jak na amerykańskie realia przystało Forda Escorta i ruszyliśmy z Północnej Karoliny na Florydę w odwiedziny do host babci.

Po raz kolejny wbita na tylnym siedzeniu, pomiędzy dwoma fotelikami modliłam się o rychły koniec tego "pożal się Boże" road tripa. 

Nasza podróż na Florydę składała się z dwóch etapów. Ruszyliśmy w piątek popołudniu w stronę Charleston w Południowej Karolinie (który notabene odwiedziłam dosłownie weekend wcześniej z moimi dziewczynami). Tam właśnie mieliśmy zatrzymać się w hotelu, a rano ruszyć w dalszą drogę. Oczywiście nie myślcie sobie, że próżnowałam - a skąd! Kochani hości zadbali o to i wieczór spędziłam na babysittingu.

Drugiego dnia z 6 godzin podróży zrobiło się 10! To było coś strasznego. 10 godzin w samochodzie z sapiącym, śmierdzącym psem (nie myślcie sobie, że ja taka paskuda i psów nie lubie! ja je kocham! Ale moi hości nie dbali o swoją higienę czy higieną dzieci, więc stan higieny tego psa pozostawiam waszej wyobraźni) i dwójką rozwrzeszczanych dzieci. Miałam ochotę wyjść z siebie i stanąć obok, a najlepiej to uciekać tam gdzie pieprz rośnie.

Na Florydzie spędziliśmy pełne 6 dni. Jednak nie wszystkie dni spędziliśmy w okolicach Tampy u babci. Na niecałe dwa dni wybraliśmy się do Orlando w odwiedziny do najlepszych znajomych hostów. Tam oczywiście znów czekał mnie babysitting, ale to akurat było warte tego co czekało mnie następnego dnia... Universal Studios! 

Pierwotnie do parku zawieść miał mnie host, ale jak to oni - zawsze znaleźli wymówkę, żeby czegoś dla mnie nie zrobić i rano wsadzili mnie w pociąg (w ich przekonaniu bezpośredni). No cóż. Bezpośredni to on nie był. Owszem zawiózł mnie w stronę tego parku, ale wysadził w miejscu gdzie transport publiczny był w opłakanym stanie, a ludzie w koło w ogóle nie mieli pojęcia jak mi pomóc w dostaniu się do Universal. Po godzinie w pociągu i dodatkowej godzinie poszukiwania autobusu, w końcu dotarłam do celu. Spóźniona o godzinę. Ah, bo nie wspomniałam! Specjalnie wyjechałam wcześniej, żeby być na miejscu na 9 rano, kiedy to park otwierają i mieć jak najwięcej czasu na zwiedzanie, bo już o 16 hości mieli mnie odebrać i razem mieliśmy ruszyć z powrotem do Tampy. Ci, którzy w Universal już byli mogą sobie wyobrazić mój gniew - godzina w Universal Studios jest na miarę złota! Potrzeba na prawdę minimum całego dnia żeby zobaczyć wszystkie najważniejsze jego atrakcje. A ja nie dość, że nie miałam całego dnia to przez lenistwo i nieużyteczność hostów straciłam całą godzinę! 

Dobra, dobra koniec narzekania i pora na odrobinę zdjęć! Nie mam ich wiele, bo po pierwsze byłam sama a po drugie mój telefon padł około godziny 13,  a wtedy jeszcze nie miałam powerbanka w swoim posiadaniiu. Ups.



































Oh wracając do tematu rozładowanego telefonu... Oczywiście nie było nigdzie miejsca gdzie mogłabym podłączyć swój telefon chociaż na chwilkę. Nie miałam ustalonego konkretnego miejsca z hostami gdzie sie spotkamy. Nie miałam nigdzie spisanych ich numerów. Sytuacja wydawała się beznadziejna. O godzinie 16 zaczęłam się kręcić niedaleko wejścia. W końcu jedna kelnerka zlitowała się nade mną i wzięła mój telefon na zaplecze trochę go podładować. Kiedy dodzwoniłam się do hostki o 18(!) okazało się, że oni dopiero dotarli do Universal, więc problemów nie miałam. Zabawny był jednak powód dlaczego oni się spóźnili. Otóż rano gdy host odwoził mnie na stację 3 razy przypominałam mu, że w pokoju gościnnym, w którym spałam zostawiłam swój plecak i żeby on nie zapomniał go zabrać. Niestety, jak to bywało z moim hostem -zapomniał. Mało tego - gdy hostka go zapytała czy wzięłam ze sobą swój plecak odpowiedział, że chyba tak, ale pewny nie był. Dlatego musieli się wracać na drugi koniec Orlando sprawdzić, czy mój plecak tam nie został (ze mną oczywiście już nie udało się skontaktować, bo telefon już nie działał). Nigdy nie zapomnę miny hostki, gdy tlumaczyła dlaczego się spóźnili, a ja wtedy wspomniałam, że rano 3 razy mówiłam hostowi o tym plecaku...

Na koniec trochę zdjęć z uroczego St.Petersburga koło Tampy:) 






Ogólnie Floryda nie przypadła mi do gustu. Gdyby nie Orlando i Universal Studios byłby to najgorszy trip w USA ever. Nie jestem fanką jaszczurek, a jak każdy wie na Florydzie na chodnikach są praktycznie dywany z jaszczurek. Żywych... Także nie dziękuję, to nie jest stan dla mnie. Dlatego też nie zdecydowałam się odwiedzić Miami podczas mojego travel month:)

Idę jak burza! Następnego postu spodziewajcie się... niebawem:)

2 komentarze: